Wpisy
I przyszło mi wybrać się na konferencję dmuchanych balonów. Nadąć się i spuścić. Nadąć się i spuścić. Och, ach, ech. Cały chuj. Będą sprzedawać, nadymać rynek i sprzedaż. Efektywność. Efektywna strata czasu. Chujomarketing. pizdomarketing. Nic z tego nie będzie, ale wystawić się trzeba. Posiedzieć, postać, poleżeć. Wielki, wspaniały, grandhotel, grandmotel. Kawunia, ciasteczko, dupeczka.
- Oto składam na twoje ręce - na prawicę i na lewicę umowę moją podpisaną uroczyście po miesiącach starań twoich i mojego oporu. Walczyłem, kłamałem, oszukiwałem, lecz podpisałem. Gratuluję i życzę powodzenia.
- Ach, och, uch. Dziękuję o wielki panie, wodzu, zbawco mój i narodu mojego.
- A to co tutaj mi ponownie wydrukowałeś to już nie potrzebne. Bardzo ładnie to wydrukowałeś. Może jakieś notatki sobie zrób na odwrocie. Bardzo ładnie to wydrukowałeś.
- Niech ucałuję o panie w dłoń twoją, pierścień twój, stopy twoje. Przenajświętsze, przenajjaśniejsze.
- Już kończę. Chwileczkę jeszcze. Muszę to skończyć teraz bo przepadnie.
Pik, trefl, serce. 2, 3, 4. Trefl. Król, as. Serce, karo. As, as.
- Proszę, zaczynamy.
- Hop, hooop, Właaadku!? Widzisz, zza swojego biurka, z tronu co tu ci pokazuję? Słyszysz mnie.
- Tak, oczywiście. Pik, trefl, dama, karo, król. As. Nie będzie z tego pieniędzy - nie będzie ciebie.
- Dziękuję. Niechże ucałuję twoją dłoń i twój pierścień.
Cmok.
Ponoć kochała firmę, kochała kolegów. Po latach wspólnej pracy i zabawy miała wylecieć za ocean. Miała trafić do brazylijskiej metropolii. Czekało na nią słoneczne życie. Nim odeszła był czas, był dzień przeznaczony na ostatnie wspólne żarty, śmiechy, wino i na koniec łzy.Przez drzwi wylatywał jeden i drugi. Wyleciała. Życie ma jednak taką właściwość, że płata różne figle. Trudno powiedzieć czy to życie miało spłatać figla jej, Lisnodowi, czy życiu. Okazało się, że to ona próbując zmienić swoje życie spłatała figla Lisnodowi. Wykradała dane raz po raz i nosiła do konkurencji. Zaniosła tego tak dużo, że pokochali ją ci obcy królowie i przekazali pół królestwa i kierownictwo. Pech chciał, że ktoś dostrzegł tę świeżo upieczoną księżniczkę nie w pachnącej kawą Brazylii, a na mieście.Wszystko wyszło na jaw. Nie Brazylia, a Brazylion Sp. z o.o. Nie łzy, a chytry śmiech. Przeszukanie. Kradła. Kradła. Kradła. Robiła lisloda. Farbowany lislód. Taki marketing.Przestępstwo gospodarcze. Gała.
Na mieście mówią nie rób z gęby cholewy. Ja tu mówię nie rób z gęby korpocholewy.
O tym już nie jeden znawca i zdegustowany świadek tych gwałtów na języku mówił. Ale tak wygląda ten półświatek.
- Bo Arkadiusz taki już jest. Trzeba go poganiać. Trzeba mu przypominać. Trzeba go czelendżować.
Taki jest Arkadiusz. Co na to Arkadiusz?
- Tak, tak! Taaak! Czelendżuj mnie mocno. Bij zadaniami. Skuj papierami. Czelendżuj mnie mocno!
- 1, 2, 3! Zaklepany! Zczelendżowany!
- Jeszcze! Jeszcze. Czelendżuj mnie mocno. Do... Docho... Gotowe.
Do jutra Arkadiusz.
- A co to to to takiego małego? A można to sobie włożyć? A to wibruje?
- Nie, stara nimfomanko.
Ile razy można wkładać sobie głupie słowa między nogi? Czy ta kobieta nigdy nie przestanie masturbować się oralnie? Seks, seks i seks. Całe biuro rozwódek. Ocieka seksem. Tym brzydkim, ze zniszczoną cerą, po solarium, z włosami wymalowanymi ciemną farbą. Machnie ręką poprawi grzywkę, podniesie włosy, podniesie cycki. Nadal wiszą po pas.
- Bo ja wolę 19-latków. Kiedyś mnie zrozumiesz. Jak będziesz w moim wieku.
Nie zrozumiem. Nie będę w twoim wieku. Dorosnę do tego czasu.
Lubi młodych chłopców i jak któryś stanie tuż obok niej zaczyna masować jak japońską krowę w drodze do rzeźni. Smaczniejsze, łatwiejsze mięsko. Gdyby mogła masowałaby poniżej pasa. I oblizywała usta ubabrane spermą. Smak rozwodu. Smak seksu po 40-tce.
Sięgnęła do torebki. Wyjęła z niej podpaskę w jasnozielonym opakowaniu. Ścisnęła ją w dłoni, aż zaszeleściła. Uniosła oczy wysoko, skalibrowała wzrok na siną dal. Zupełnie tak jak patrzą wszyscy ci co uciekając przed oceniającymi spojrzeniami innych ludzi. Jakby jej już tutaj nie było. Wyszła.
Zaklejona mogła wrócić do udawania, że właśnie buduje przyszłość i napełnia złotem i marketingowymi łupami skarbiec firmy. A ten przecieka.
Każdego poranka fale korporacyjnych wyrobników wygrywają niezwykłą melodię. Wypływają całe potoki przez wąskie drzwi autobusów by zacząć wydeptywać zmęczone ścieżki do pracy. Ta orkiestra obcasów przesuwa się rytmicznie, pulsuje. Ziemia drga i dźwięki wzbijają się w przestrzeń. Lecą i rozpływają się w porannym powietrzu odgłosy korporacji. Wyrobnicy chowają się do biur.
Przekraczając próg nowego miejsca pracy powoli odkrywamy nowy świat. Wszystko co było przed nim było owiane aurą tajemnicy i dumny z własnej taśmy produkcyjnej. Ten nadmuchany balon, ta tajemnica kwalifikacyjna pęka wraz z postawieniem w biurze pierwszego kroku jako nowy pracownik. Okazuje się, że twoja umowa będzie podpisana nie wczoraj, nie dziś i nie jutro, ale jak się poszczęści to dopiero za tydzień czy dwa. Jeśli myślałeś, że będzie miło to wystarczy zaczekać, że ktoś wyjdzie za najbliższe drzwi by usłyszeć jak dziwnym, irytującym i żałosnym człowiekiem jest ta osoba. Największy z balonów w tym bukiecie jest ten podpisany hasłem „pracownik”. Nie będzie szkoleń, nie będzie wyjazdów, nie będzie niczego. Nie jest też tak, że zbudujesz świat od nowa, że coś stworzysz lub odkryjesz i twoje imię pojawi się na ustach milionów. Tego nie będzie.
Całe stadko owieczek. Przywiązane światłowodem do biurek. I baca jak to na heli buja się na tej zielonej wykładzinowej łące. Trzask, prask, połączenie. Telemarketingowe podboje świata, pasą się, pasą się. Wypasły wynik. Będzie 500 jewro.
- Dochodzę. Sukces.
Szczytowała. Tak, siedziała gdzieś obok. Do niej mail przyszedł. Dyplom wydrukowała. Zdobyła szczyt. Szkoda, że kolejką tam wjechała, ale zdobyła.
Dementka. Demencjanka. Demencujszka. Spróbuj uzyskać odpowiedź. Dowiesz się ile razy w roku kura się niesie. Nie dowiesz się niczego. Demencjanna.